Robots
Korzystając z naszej strony internetowej, wyrażają Państwo zgodę na używanie cookies. Więcej informacjiClose
20.01.2021 20 stycznia 2021

Ponad 1/3 dziko żyjących stad ryb jest nadmiernie poławiana

   Powrót       28 grudnia 2020       Zrównoważony rozwój   

Pod wodą nie widać katastrofy, jaką wyrządzamy środowisku, a ta może się zbliżać, bo ponad 1/3 dziko żyjących stad ryb jest nadmiernie poławiana - podkreśliła w rozmowie z PAP dyrektor programu MSC(1) w Polsce i Europie Centralnej Anna Dębicka.

Dębicka wyjaśniła, że raport ONZ "The State of World Fisheries and Aquaculture 2020" wskazuje, że z roku na rok coraz więcej światowych zasobów dzikich ryb jest przełowionych. - Nadmierne połowy dotyczą już ponad 1/3 stad ryb, a odsetek ten jest ponad trzy razy wyższy niż jeszcze w połowie lat 70. Należy zwrócić uwagę, że zapotrzebowanie na ryby wciąż rośnie - podkreśliła.

Czytaj: Przyłów – mało znane, lecz istotne zagrożenie dla ptaków wodnych

Dyrektor programu MSC w Polsce i Europie Centralnej zwróciła uwagę, że raporty międzynarodowych instytucji jasno pokazują, że mamy coraz większy problem z "rybami" i możemy zbliżać się do katastrofy tak ekologicznej, jak i ekonomicznej. - Pod wodą nie widać katastrofy, jaką wyrządzamy, a wszystko wskazuje na to, że ona powoli się zbliża. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat tempo wzrostu światowej konsumpcji ryb dwukrotnie przewyższyło tempo wzrostu liczby ludzi na świecie. Przeciętnie mieszkaniec Ziemi zjada 20,5 kg ryb i owoców morza, a przewiduje się, że do 2030 r. liczba ta wzrośnie do 21,5 kg per capita. To ponad 3 razy więcej niż jeszcze w połowie lat 60. - zaznaczyła.

Stada dorsza już w złej kondycji

Na coraz większą popularność ryb i owoców morza wskazuje także The Seafood Consumer Index największe na świecie badanie dot. informacji o nawykach żywieniowych konsumentów, przeprowadzane przez Norweską Radę ds. Ryb i Owoców Morza. Zgodnie z indeksem np. w Polsce ponad 60 proc. osób spożywa ryby i owoce morza średnio raz w tygodniu lub więcej - co plasuje nasz kraj w zestawieniu wyżej niż Niemcy, choć niżej niż Wielką Brytanię, Francję czy Włochy. W badaniu wskazano jednak, że coraz więcej naszych rodaków chce jeść ryby, co oznacza, że z roku na rok zapotrzebowanie na takie produkty będzie rosło. W przedziale wiekowym 20–34 lata takiej odpowiedzi udzieliło 76 proc. respondentów, z kolei w grupie 35–49 lat było to 86 proc. osób.

Dębicka wskazała, że w Polsce problemy z rybą kojarzą się najczęściej z dorszem. Podkreśliła, że przez lata nadmiernej eksploatacji tego gatunku na Bałtyku i też przez samą naturę tego morza, doprowadziło to do fatalnej kondycji tej ryby, a stada będą odbudowywać się latami. Teraz - jak dodała - problem może pojawić się z jedną z ulubionych ryb Polaków, czyli śledziem.

Przedstawicielka organizacji wyjaśniła, że chodzi o gatunek śledzia atlantycko-skandynawskiego, który bytuje na obszarze między Norwegią, Islandią, Wyspami Owczymi a Wielką Brytanią. Jest to jedno z największych stad śledzia na Atlantyku i jest głównym "żywicielem" wyżej wymienionych państw.

Brak międzynarodowego porozumienia w sprawie kwot połowowych na śledzia atlantycko-skandynawskiego

- Niezależni audytorzy wskazują, że brak międzynarodowego porozumienia dotyczącego kwot połowowych na śledzia atlantycko-skandynawskiego prowadzi do nadmiernych połowów przekraczających naukowe rekomendacje, co może zagrozić kondycją stada w przyszłości. Dane pokazują, że w ostatnim roku śledź ten został przełowiony o 34 proc. względem tego, co sugerowali naukowcy - podkreśliła dyrektor.

A dlaczego akurat ten śledź może interesować Polaków? Otóż jak wyjaśniła Dębicka blisko 70 proc. trafiającego na nasze talerze śledzia pochodzi z importu. - Polacy spożywają ponad 100 tys. ton śledzia rocznie. Wychodzi to mniej więcej ok. 2,5 kg na głowę. Jeżeli jednak pójdziemy do sklepu i weźmiemy do ręki pierwsze lepsze opakowanie śledzia, to się okaże, że w większości przypadków nie trafił on do nas z Bałtyku, tylko właśnie z Atlantyku. Tylko ok. 10 proc. to produkty ze śledzia bałtyckiego. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że Polska jest prawdziwym potentatem, jeśli chodzi o przetwórstwo rybne. W naszym kraju swoje firmy mają najwięksi gracze na rynku, a trzy-czwarte przetworzonego śledzia jest później wysyłanych na rynki europejskie i dalej - zaznaczyła Dębicka.

Certyfikacja zrównoważonych połowów

Dyrektor programu MSC zwróciła uwagę, że ze względu na uszczuplające się zasoby ryb, tak ważne jest ich odpowiednie poławianie. Chodzi przede wszystkim o nie przeławianie stad, czyli o taką gospodarkę rybacką, która pozwala na odbudowanie się stada, tak by można było z niego korzystać w przyszłości.

Jednym z zadań organizacji MSC jest właśnie program certyfikacji połowów. Dębicka wyjaśniła, że połowy, które spełnią rygorystyczne wymogi standardu zrównoważonego rybołówstwa i uzyskają certyfikat MSC, mogą informować o tym poprzez umieszczanie na produktach charakterystycznego niebieskiego znaku (w kształcie ryby).

Podczas certyfikacji rybołówstwa niezależni audytorzy sprawdzają nie tylko, czy stada nie są zbytnio trzebione. Sprawdzana jest też "kondycja" ryb, a dzięki certyfikacji firm w łańcuchu dostaw weryfikowany jest także cykl produkcji, co się dzieje z rybami od ich złowienia do gotowego produktu.

Dębicka dodała, że certyfikat MSC wydawany jest na pięć lat, a odpowiednie audyty są przeprowadzane co roku. Przy niekorzystnych dla producenta np. badaniach naukowych taki certyfikat jest zawieszany, można go też stracić.

Jak poinformowała, zawieszenie certyfikatu nastąpiło właśnie w przypadku śledzia atlantycko-skandynawskiego. - Strony poławiające muszą się porozumieć, co do kwot połowowych, a dokładnie podzielić się nimi tak, by zgodnie z rekomendacjami naukowców stado to nie było nadmiernie eksploatowane. Jeśli tak się stanie, certyfikat zostanie przywrócony - wyjaśniła.

Dyrektor MSC dodała, że konsumenci zwracają coraz częściej uwagę na odpowiednie oznakowanie produktów świadczące, że jest ono ekologiczne bądź, że powstało w taki sposób, by nie nadwyrężać naturalnych zasobów planety.

- W ciągu ostatnich dwóch lat rozpoznawalność naszego znaku wzrosła z niecałych 25 do 32 proc. Wśród młodych rozpoznawalność znaku sięga nawet 50 proc. Konsumenci chcą jeść ryby ze stad, które nie są przepoławiane i wymagają odpowiednich zabiegów w tym kierunku od producentów - poinformowała.

Dębicka dodała, że na ponad 90 mln ton światowego połowu dzikiej ryby - 17 proc., czyli 15 mln ton, jest w programie MSC. Na świecie blisko 20 tys. produktów posiada charakterystyczne niebieskie logo, w Polsce jest ich zarejestrowanych ponad tysiąc, a ponad 400 jest obecne w tej chwili na półkach. W Polsce certyfikowanych jest zgodnie ze standardem MSC dla łańcucha dostaw blisko 120 firm. (PAP)

Czytaj: Zagłada ryb to efekt uboczny pracy elektrowni z otwartym systemem chłodzenia

Przypisy

1/ Marine Stewardship Council

Polecamy inne artykuły o podobnej tematyce:

Mikroplastik wszechobecny w wodach wokół Japonii (30 grudnia 2020)Podpisano umowy finansowania na oczyszczanie stawu Kalina (30 grudnia 2020)Wiadomo, których gatunków inwazyjnych Europa powinna pozbyć się jak najszybciej (01 grudnia 2020)Po skażeniu na Kamczatce zginęły organizmy zasiedlające dno morskie (08 października 2020)W wyniku zrzutu ścieków do Wisły trafiło 300 ton azotu i 30 ton fosforu (30 września 2020)
©Teraz Środowisko - Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i publikacja tekstów, zdjęć, infografik i innych elementów strony bez zgody Wydawcy są zabronione.
▲  Do góry strony